Nastała radość. Po niemal półtora tygodnia od wydrążenia w mojej stopie “biedaszybu”, zaczęło się goić. W końcu nastała chwila, kiedy mogłam pożegnać opatrunki, plasterki no i sandałki typu “nie nadajemy się do chodzenia, ale nie zostałyśmy wyrzucone z sentymentu” (i dobrze, bo to jedyne buty, które nie uwierały mnie w ranę). Czytaj dalej
